Czego Pan od historii może nas nauczyć o IT?

W 1890 roku Alfred Marshall postawił ostatnią kropkę w ósmym tomie dzieła swojego życia - "Zasady Ekonomiki". Ci, którzy dotarli choćby do połowy tego opus magnum mieli okazje zaznajomić się z pojęciem ekonomii skali produkcji. Marshall – formułujący swoje zasady w czasach, gdy druga rewolucja przemysłowa nabierała rozpędu, a linia produkcyjna jeszcze się Fordowi nie śniła - zakładał, że jeśli dany wytwórca zwielokrotni swoją produkcję, a tym samym swój przychód, wpłynie to wprost proporcjonalnie na jego dalsze zdolności produkcyjne i pozycję konkurencyjną, choćby w zakresie zdolności nabywczej czy kształtowania polityki cenowej. Dzięki temu będzie mógł nie tylko obniżyć koszt produkcji ale jej jakość. Innymi słowy: zgodnie z ekonomiką skali - oczywiście w telegraficznym skrócie pomijając specyfikę poszczególnych segmentów rynkowych - im coś jest większe tym lepsze, tym jest tańsze i tym bezpieczniejsze. „Duży” może dostarczyć lepszą wartość dla klienta, po niższym koszcie niż jego mniejsi konkurencji. Idea w sam raz pasująca do ducha swojej ery, prawda?

Mniej więcej w tym samym czasie, genialny inżynier William Armstrong zaprzęgał żywioł wody do produkcji energii elektrycznej. Jego silnik hydrauliczny dostarczył energię do domu wynalazcy w Cragside, rozpalając nie tylko lampy w posiadłości, ale przede wszystkim potrzebę podobnych udogodnień wśród szeregu naśladowców. Wkrótce większość angielskich firm poszukiwało dostępu do potoków wody, by obudowywać je we dynama i przez pajęczynę kabli doprowadzą prąd do kolejnych, własnych budynków. Prywatne elektrownie, zasilające i utrzymywane przez jednego odbiorcę wyrastały jak grzyby po deszczu. Dlaczego wiec rozwój przemysły elektrycznego nie poszedł dalej w tym kierunku?

Zaledwie kilkanaście lat później powstaje General Electric, a wraz z nim pierwsze komercyjne elektrownie. Wytwarzanie energii przestaje być manufakturą, a staje się przemysłem, fabryki prądu Edison dostarczają go dość by wystarczyło do zasilenia już nie jednego czy kilku a tysięcy domów i biur. Do pociągu zwanego postęp, zaprzęgnięto nie tylko prąd, ale i ekonomikę skali. Razem zrobili swoje. Gdzie nasza cywilizacja byłaby dziś – raptem sto lat później - bez prądu? Strach pomyśleć. Wystarczy przeczytać modny kilka miesięcy temu thriller BLACKOUT, by zdać sobie sprawę, jak uzależnieni jesteśmy od mocy płynącej z małych gniazdek w ścianie.

Świat IT jest obecnie tam, gdzie elektryczność była w 1890 roku. Może to niewiarygodne, bo gdy myślimy o informatyce, to utożsamiamy ją z nieustannym postępem i rozwojem. I tak jest. Jeśli pominiemy tak fundamentalny element, jak moc obliczeniowa, wspierająca wszystkie systemy, programy i appki, których używamy na co dzień. Tu bowiem, przynajmniej w sferze ekonomicznej ten postęp toczy się powoli. Biorąc pod uwagę, jakie idee przyświecały pionierom komputeryzacji, dla których oczywiste było, że moc obliczeniową maszyny jaką dysponowali można zutylizować optymalnie tylko współdzieląc wiele zdań, to nie bez kozery można rzec: pod dyktando priorytetów działów sprzedaży, a nie innowacji, rozwój IT zahamował się i cofnął. Firmy, niczym XIX wieczni wiktoriańscy „pajęczarze” z instalowanych nad strumieniami dynamach, wciąż czerpią moc dla swoich projektów IT z " przydomowych" serwerowni”.

Tak jak kiedyś, tak i dziś są również odpowiedniki olbrzymich elektrowni, które proponują alternatywę, zgodnie z która zamiast budować, utrzymywać i strzec „domowego źródła mocy" można nabyć - trzymając się alegorii - prąd, bądź przechodząc do rzeczy - moc obliczeniową i przestrzeń na pliki dla realizacji projektów IT.

Pozostawmy jednak ten XIX czy XXI wieczny żargon technologiczny. To bowiem co ważne, to prawdziwość efektu ekonomii skali. Bo i w tym wypadku działa on na korzyść kosztów zakupu usługi IT od dostawcy zewnętrznego.
Trwa ładowanie komentarzy...